Mały Szlak Beskidzki z psem

Mały Szlak Beskidzki z psem

Idea przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego z psem zrodziła mi się podczas porannego spaceru z Hugo z Glisnego na Luboń w Wielkanocną Niedzielę. Gdy pomysłem tym podzieliłam się w domu podczas świątecznego śniadania, Mąż postukał mi palcem po głowie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to myśl zacna. A że dwa razy się nie zastanawiam – od zamiaru do działania poszło tak szybko, że nawet nie wiem kiedy namówiłam Męża na wspólną wędrówkę. Teraz mam nadzieję, że zachęcę Was do zapoznania się z relacją z tej, jakże cudownej przygody🙂

Przygotowania do wędrówki

Mały Szlak Beskidzki zaczyna się/kończy w Bielsku-Białej Straconce i kończy/zaczyna się na Luboniu Wielkim, a dystans do pokonania wynosi 137km. Szlak biegnie pasmami Beskidu Małego, Makowskiego i Beskidu Wyspowego. Założyłam, że pokonanie go powinno zająć około pięciu dni, przemierzając 25-30km dziennie. Wzięłam również pod uwagę ewentualną potrzebę zrobienia dnia regeneracyjnego, ponieważ nigdy wcześniej nie maszerowaliśmy na taką odległość, ani my, ani Hugo.

Hugo, który przetuptał głównie ze mną już wiele kilometrów górskimi szlakami, okazał się największym wyzwaniem Małego Szlaku Beskidzkiego i praktycznie większość przygotowań prowadzona była pod jego kątem.

Wiedziałam, że idąc z psem nie wszystkie miejsca noclegowe na MSB będą dla nas otwarte, stąd pojawiła się konieczność skompletowania sprzętu biwakowego, i to takiego, którego waga będzie jak najmniejsza. A skoro biwak, to również gotowe dania, do przygotowania których potrzebna będzie tylko woda. Swoją drogą, woda do picia stanowiła najcięższy element naszego ekwipunku. Trzeba było nieść ją zarówno dla nas, jak i dla psa, oczywiście uzupełniając w miejscach, gdzie było to możliwe.

Kolejnym wyzwaniem było wyżywienie Huga na Szlaku. Mając w perspektywie kilka dni wędrówki, nie mogłam taszczyć wora karmy na plecach. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie wpadła na pomysł zwrócenia się w tej sprawie do rodzimych producentów psich karm i suplementów, z którymi wspólnie udało mi się opracować plan żywieniowy dla Huga i przede wszystkim zmniejszyć wagę plecaka. Szczegółową dietę psa na czas wędrówki znajdziecie w moim osobnym wpisie: Jak karmić psa w podróży

W końcu nadszedł dzień, a właściwie wieczór, w którym spakowaliśmy plecaki, by raniutko wyruszyć naprzód ku nowej przygodzie🙂

Mały Szlak Beskidzki – dzień I

W poniedziałek rano „stawiliśmy się” w Bielsku-Białej Straconce, gdzie dla nas był to początek Małego Szlaku Beskidzkiego. Ponieważ jest to szlak główny, oznaczony jest kolorem czerwonym. Trzymając się więc czerwonego, wystartowaliśmy pełni entuzjazmu. Po minięciu dosłownie kilku domów zlokalizowanych przy ul. Czupel weszliśmy na leśną ścieżkę, gdzie spotkaliśmy 70-letnie małżeństwo, które po tygodniu maszerowania kończyło Mały Szlak Beskidzki. Po szybkiej wymianie wrażeń i uprzejmości ruszyliśmy dalej. Ścieżka, raz kamienista, raz niczym parkowa aleja, omija szczyt Czupla i prowadzi do miejsca widokowego – „Ambonki Pani Jolci”, skąd roztacza się panorama na Bielsko-Białą.

W podobnej scenerii, cały czas pnąc się w górę, doszliśmy do skrzyżowania Pod Gaikami, skąd odchodzi niebieski szlak do Bielska-Białej Lipnik, a następnie na szczyt. I tu ciekawostka: pierwszy raz się spotkałam na szlaku z przyczepionym do słupka informacyjnego termometrem!

Po zażyciu pierwszych kąpieli przez Huga, doszliśmy na Groniczki, a następnie zeszliśmy nieznacznie na Przełęcz u Panienki.

Stąd mieliśmy niewiele ponad kilometr, by dojść na Hrobaczą Łąkę, gdzie zamierzaliśmy wypić kawę.

Na Hrobaczej Łące znajduje się Dom Turystyczno-Rekolekcyjny, który w czasie naszej obecności był zamknięty. Nieopodal było miejsce na ognisko, z którego rozpościerał się widok między innymi na Jezioro Międzybrodzkie.

Przy metalowym krzyżu znajdował się punkt widokowy z kraty pomostowej, z panoramą na pobliskie miejscowości.

Teraz czekało na nas prawie 2km po prostym terenie, by z Przełęczy Z.W. pod Bujakowskim Groniem zacząć schodzić do Żarnówki Małej. Zejście prowadziło wąską, kamienistą ścieżką, a różnica wysokości wynosiła ok. 400m.

Tu mieliśmy okazję nie tylko zobaczyć, ale i przejść przez Zaporę w Porąbce, która zaliczana jest do zabytków techniki. Zapora na rzece Sole wybudowana została w okresie międzywojennym, w oparciu o projekt nadzorowany przez prof. Gabriela Narutowicza, późniejszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Wówczas uważana była za szczyt zaawansowania technologicznego. W latach 50. XX wieku przy zaporze zbudowano niewielką elektrownię.

Przeszliśmy wąskimi uliczkami, przy których zlokalizowane są prywatne domki letniskowe i całoroczne, by wejść na teren Parku Krajobrazowego Beskidu Małego (oczywiście można z pieskami) i rozpocząć podejście na górę Żar, gdzie zamierzaliśmy zjeść obiad.

Obiad nie tylko był pyszny po kilku godzinach marszu, ale bardzo się ucieszyłam, że do Restauracji Góra Żar mogliśmy wejść z Hugo, który wykorzystał ten czas na odpoczynek.

Góra Żar była również półmetkiem wędrówki dnia pierwszego. Chwila na podziwianie roztaczających się z niej widoków, by za moment ruszyć dalej. Wszak mieliśmy dojść do Chatki na Potrójnej, gdzie zarezerwowałam nocleg.

Początkowo szliśmy drogą asfaltową wzdłuż zbiornika górnego Elektrowni Wodnej Żar, by skręcić znów na leśną ścieżkę prowadzącą na szczyt Kiczery.

Tuż przed szczytem znajdował się punkt widokowy, z którego było widać część trasy, którą już pokonaliśmy oraz tablica z rozpisaną panoramą górską i miejsce na ognisko.

Na szczycie Kiczery był duży drewniany szałas, w którym znaleźliśmy pieczątkę do Książeczki PTTK GOT.

Czekał nas jeszcze 10-cio kilometrowy odcinek o sumie podejść niespełna 500m i ciut mniejszej sumie zejść. A więc prawie po prostym. Na tym odcinku, Mały Szlak Beskidzki praktycznie w całości prowadził przez las, więc nie było nam dane zachwycać się widokami, no może poza Przełęczą Isepnicką.

Mijaliśmy po drodze Przełęcz Przysłop, Kocierz, Przełęcz Szeroką, z której weszliśmy na Beskid, by następnie zejść na Zajazd nad Przełęczą Kocierską, gdzie przebiega granica miedzy województwami: śląskim i małopolskim.

Znajdował się tu olbrzymi Kocierz Resort, w którym psy są mile widziane, jednakże daleko odbiegający od naszych preferencji.

Już przy prawie pierwszym blasku księżyca doszliśmy do Chatki na Potrójnej, gdzie w pierwszej kolejności zadbaliśmy o nakarmienie Huga.

Prywatne schronisko, które równocześnie jest domem p. Rafała, z którym gawędząc zajadaliśmy się pysznymi drożdżówkami, było do naszej wyłącznej dyspozycji. I tak oto minął nam pierwszy dzień na Małym Szlaku Beskidzkim🙂

Mały Szlak Beskidzki – dzień II

Poranek przywitał nas zdecydowanie przyjemniejszą pogodą, a my: wyspani i nadal pełni entuzjazmu ruszyliśmy w dalszą drogę. W perspektywie, do przejścia mieliśmy kolejne 30km. Zanim jednak wystartowaliśmy, obowiązkowa sesja zdjęciowa na Potrójnej i rzucenie patyczka.

Po niespełna kilometrze doszliśmy na Przełęcz Zakocierską, z której jest odbicie żółtym szlakiem do Chatki pod Potrójną. Jest to studenckie schronisko, w którym również można zatrzymać się na nocleg, choć warunki należą bardziej do tych spartańskich😉

Po minięciu Przełęczy na Przykrej, doszliśmy do górnej stacji wyciągu Czarny Groń Express i granicy Rezerwatu Madohora.

Idąc z psem, Rezerwat ominąć można schodząc wzdłuż wyciągów: Czarny Groń i Pracica, a następnie wejść na żółty szlak i zejść na dróżkę, która prowadzi na Rozstaje pod Mladą Horą, a dalej do Skrzyżowania pod Smrekowicą.

Idąc bez psa, Rezerwatem Przyrody Madohora idzie się 700m, zdobywając Łamaną Skałę i mijając ciekawe formy skalne.

Ze Skrzyżowania pod Smrekowicą zmierzaliśmy w stronę Leskowca, przysiadając na chwilkę w znanym nam miejscu z wcześniejszej wycieczki po Beskidzie Małym, a także zatrzymując się Na Beskidzie i na kolejnej Potrójnej, za którą znajduje się punkt widokowy.

Po przejściu 9km doszliśmy na Leskowiec, gdzie postanowiliśmy zrobić przerwę na kawę i śniadanie, którego poza Hugo nie jedliśmy wcześniej. Śniadanie na trawie w iście impresjonistycznej scenerii🙂

Następnie skierowaliśmy się na Przełęcz Władysława Midowicza, z której Mały Szlak Beskidzki schodzi w stronę Krzeszowa. Ale zanim zeszliśmy, wstąpiliśmy do Schroniska PTTK na Leskowcu, by przemyć menażki i uzupełnić zapas wody dla Huga. Do schroniska można wejść z psem tylko do dużego przedsionka widocznego na zdjęciu, natomiast nie można z psem nocować.

Zejście do Krzeszowa choć długie, bo liczyło 6km, było lekkie i przyjemne.

Przejście przez Krzeszów może było mniej ciekawszym odcinkiem, ale przechodzi się koło sklepu, w którym można uzupełnić wodę, czy prowiant. Dopiero ostatni odcinek, który prowadził przez Fludrówkę pozwolił nacieszyć oko widokami.

Słońce grzało na tyle mocno, że z podwójną przyjemnością zanurzyliśmy się w leśnej otchłani. I tu zaskoczenie, którego nie spodziewaliśmy się patrząc wcześniej na mapę. Podejście na Żurawnicę Kozie Skały było wyjątkowo strome, jak na Beskid Mały, ale za to niezmiernie ciekawe pod względem występujących tu form geologicznych.

Na Kozich Skałach spotkaliśmy spacerujących ludzi z psami i z krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się, że pan w wieku 64 lat pokonał marszobiegiem w 9h 60km i sumie przewyższeń 2100m. Takie ciekawe osoby spotykaliśmy na MSB😀

Zejście z Żurwanicy było zdecydowanie bardziej przyjemne, niż wchodzenie na nią, a zwieńczeniem była Przełęcz Carhel/Cyrchel z polaną skąpaną w słońcu i Gołuszkową Górą.

Szlak prowadził przez piękny las, z którego wyszliśmy na widokową polanę.

Za sobą mieliśmy już 20km i pomalutku zaczynaliśmy myśleć o noclegu. Ten planowaliśmy w Zembrzycach, do których było około 7km. Pomalutku też zaczynałam odczuwać pojawiające się odciski na stopach, których moje kochane buty miały mi nie zrobić oraz coraz bardziej ciążący plecak. I to był właśnie moment, w którym zaczęłam się bawić jego paskami, by odkryć zupełnie inne ułożenie na ramionach i plecach🙂

Nocleg w Zembrzycach znaleźliśmy w bardzo prosty i spontaniczny sposób, dzwoniąc do baru, którego reklama wyświetlała się na FB. Ku naszej radości okazało się, że nie tylko będziemy mogli coś zjeść na miejscu, ale zanocować razem z Hugo! W innym wypadku pozostawało rozbicie namiotu.

Bar-Kawiarnia Niwka, bo o nim mowa znajduje się tuż przy Małym Szlaku Beskidzkim, w ustronnym miejscu. Co prawda właściciele zdziwili się troszkę na widok „pieska”, ale urok osobisty Huga sprawił, że miał on cały teren do swojej dyspozycji i oczywiście pokój razem z nami. My, pomimo faktu, iż kuchnia była już zamknięta, załapaliśmy się na bardzo dobre pierogi na słodko – z serem i musem truskawkowym🙂 Najedzeni, z pozaklejanymi stopami zakończyliśmy drugi dzień wędrówki.

Mały Szlak Beskidzki – dzień III

Tym razem przywitał nas deszcz, który padał na tyle mocno, że nie spieszyliśmy się bardzo z wyjściem. No ale w końcu ten czas musiał nadejść. Zakapturzeni ruszyliśmy naprzód z nadzieją, że będziemy iść w stronę słońca.

W ramach ciekawostki, przechodząc bodajże przez Pilchówkę, na kilku posesjach zauważyliśmy moskiewskie psy stróżujące. Być może gdzieś tutaj znajduje się hodowla psów tej rasy?

Druga ciekawostka, a może bardziej wskazówka dla tuptających w tym samym kierunku co my, to w Bałdysówce MSB skręca prawie pod kątem prostym w prawo, przy domu widocznym na zdjęciu. Szlak jest namalowany na pniu drzewka, ale zakryty liśćmi umknął nam zupełnie i… poszliśmy prosto za drogą.

Gdy już wróciliśmy na właściwe tory, zmierzaliśmy w stronę Chełmu i Chełmu Wschodniego, które były pierwszymi szczytami na naszej drodze. A ta prowadziła głównie przez las, wychodząc niekiedy na polanę i odsłaniając widoki. Deszczowe chmury przesuwały się po niebie, pozwalając jednak by co jakiś czas promyk słońca liznął nas po twarzach.

Idąc spotkaliśmy młodą parę, która też przemierzała Mały Szlak Beskidzki tyle, że w przeciwnym kierunku. Po „obowiązkowej” wymianie wrażeń, a także praktycznych wskazówek ruszyliśmy dalej mijając symboliczny grób poświęcony pamięci żołnierzom Armii Krajowej. Miejsc takich w Beskidach można spotkać wiele, gdyż były to tereny działań oddziałów partyzanckich w czasie II wojny światowej.

Począwszy od Chełmu, szlak biegł nieomal jedną poziomicą, co prawie pozwalało zapomnieć, że jest się w górach.

Po przejściu ulicy Granicznej, weszliśmy na Ścieżkę Papieską, która doprowadziła nas do Palczy. Ścieżka została tak nazwana ku pamięci Karola Wojtyły, który modlił się tutaj w 1968r.

Pomimo faktu, że szliśmy prawie po prostym nie udawało nam się nadrobić porannego opóźnienia. Stopy nie pozwalały mi zapomnieć o bólu, do którego w sumie już się zaczęłam przyzwyczajać, ale który mimo wszystko wymuszał wolniejsze tempo. Poza tym padający wcześniej w tym regionie deszcz pozostawił po sobie tak ogromne kałuże, których omijanie (ku rozpaczy Huga) dodało kilka dobrych metrów do całego dystansu. A jak nie kałuże to błoto, na którym zmuszeni byliśmy ćwiczyć równowagę.

Po 13km balansowania między „bajorkami” przyszedł czas na upragnioną kawę. Jednak sceneria wokół napotkanego szałasu skutecznie nas zniechęciła do zaparzenia jej w tym miejscu😦 Kawałek dalej, po minięciu ostatnich zabudowań w Palczy rozstawiliśmy ekspresik na trawie. Gdy kawa już bulgotała zalotnie, Mąż poszedł do jednego z domów poprosić o uzupełnienie wody dla psa, którą dostał bez problemu.

Tymczasem nad naszymi głowami znów zaczęły się zbierać chmury…

A my zaczęliśmy 6-cio kilometrowe, delikatne podejście na Babicę, która z wysokością 727m.n.p.m. była najwyższym punktem dzisiejszego dnia. Najpierw jednak „zdobyliśmy” Babicę Zachodnią i minęliśmy szałas Pod Bieńkowską Górą.

Po przejściu 20km, podczas których między innymi rozważałam wyższość smyczy z amortyzatorem nad przepinaną, lub na odwrót, doszliśmy do miejsca, które aż się prosiło, by w nim pozostać.

Byliśmy na 77km Małego Szlaku Beskidzkiego. Do Myślenic, do których pierwotnie mieliśmy zamiar dojść było jeszcze 13km, a biorąc pod uwagę tempo w jakim poruszaliśmy się tego dnia, na pewno nie dotarlibyśmy przed zmrokiem.

Tak więc, nie zastanawiając się dłużej zaczęliśmy rozbijać namiot, a Hugo dostał zadanie znoszenia patyków na ognisko😉

Drewniana wiata, która służyła nam za kuchnię z jadalnią, oferowała także miejsca do spania: dwa „na poddaszu”, do których chyba najłatwiej było dostać się ze stołu oraz jedno z boku, nad ławą.

Miejsce można było dodatkowo oświetlić włączając lampkę na dachu, ale nam w zupełności wystarczał blask ognia, przy którym siedzieliśmy. Płonęło ognisko, szumiały knieje, brakowało tylko drużynowego, który opowiadałby starodawne dzieje🙂

Mały Szlak Beskidzki – dzień IV

Po upojnej nocy z Hugo w namiocie, który tak naprawdę większą jej część przespał przy tlącym się ognisku, wstaliśmy skoro brzask. Głównie dlatego, że noc była zimna, temperatura oscylowała w okolicy 5st.C, a nasze śpiwory zapewniały komfort termiczny przy ciut wyższej. Ponadto mieliśmy otwarte wejście do namiotu tak, by Hugo mógł się swobodnie przemieszczać, a do tego zainteresowane naszą obecnością ptactwo dało niesamowity koncert na dzień dobry. Tak więc, gdy jedni dosypiali, drudzy zbierali się do wyjścia🙂

Postawiliśmy sobie ambitny cel, że tym razem dojdziemy do Schroniska PTTK na Kudłaczach. Oznaczało to 23km ścieżkami Beskidu Makowskiego. Kawa i żel miały nam dać energię do Myślenic, w których planowaliśmy uzupełnić prowiant. Również dla Hugo potrzebowałam jeszcze dodatkową porcję karmy.

Na szczęście tym razem, dzień przywitał nas słoneczną pogodą🙂

Pierwsze 6,5km szliśmy po płaskim terenie skacząc między kałużami, mijając przydrożne kapliczki i „perełki” architektoniczne.

Dopiero gdy doszliśmy pod Sulerzówkę, zaczęliśmy schodzić w kierunku myślenickiego Zarabia, mijając po drodze Polanę Mikołaja, na skraju której stoi kapliczka imieniem świętego. W czasie okupacji było to miejsce spotkań żołnierzy AK, obecnie – jedno z miejsc spacerowych myśleniczan.

Szlak przez około 500m prowadził dziarsko w dół leśną ścieżką, na której spotkaliśmy dzieciaki z młodszych klas zmierzające na Polanę Mikołaja, a także młodzież, która miała zdobyć Babicę. Brawa dla nauczycieli, którym po klasyfikacji chciało się pójść z uczniami na wycieczkę!

W końcu wyszliśmy z lasu na skąpane w słońcu łąki, z których roztaczał się widok m.in. na nasz kolejny cel – Uklejnę.

Zanim jednak doszliśmy do Pasma Lubomira i Łysiny, minęliśmy Lipkę Myślenicką na grzbiecie Plebańskiej Góry. Lipa – pomnik przyrody mierzyła kiedyś 14m wysokości, a jej obwód wynosił >3,5m i uważana była/jest za symbol miasta. Dziś pozostał jedynie spróchniały i nadpalony pień.

Wyjście z lasu oznaczało też „zderzenie się” z temperaturą, która w porównaniu do ostatnich dni szybko poszybowała w górę. Trasa Małego Szlaku Beskidzkiego prowadzi przez centrum Myślenic, które normalnie o tej porze dnia tętniło życiem i troszkę okrężną drogą zmierzała na Zarabie.

Zrobiwszy zakupy w pobliskim sklepie, z wywieszonymi językami siedliśmy nad Rabą, by skonsumować śniadanie.

Plażując, coraz głośniej zaczęliśmy przebąkiwać o regeneracyjnym popołudniu…w domu. Co prawda Mąż obawiał się, że Go granatem nie wyrwę na dalszą wędrówkę, jednak siła argumentów w postaci wyspania się, wzięcia prysznica, a przede wszystkim przepakowania plecaków wzięła górę. I tak oto zamiast na Kudłaczach, znaleźliśmy się w domu, ku wielkiej uciesze Luckyego😀

Mały Szlak Beskidzki – dzień V

Tak, to była bardzo dobra decyzja! Nie tylko wypoczęliśmy, ale analizując poprzednią noc w namiocie, do którego Hugo wchodził i wychodził, doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie zarezerwować nocleg w Kasinie Wielkiej. Pozwoliło to również odciążyć plecaki, z których zniknęły sprzęty biwakowe. Tym sposobem stawiliśmy się rano na Zarabiu, skąd w nieomal alpejskim stylu ruszyliśmy na podbój Beskidu Wyspowego. I oczywiście w zmienionym obuwiu😉

Do przejścia tego dnia mieliśmy 26km trasami, które już nieraz przemierzaliśmy, tyle że nie jednym ciągiem. Jeszcze w samych Myślenicach przeszliśmy przez Rezerwat Zamczysko nad Rabą, gdzie znajdują się ruiny średniowiecznego zameczku.

Stąd czekało nas prawie 400-metrowe podejście Pod Uklejnę. Początkowo ścieżka biegnie dość wartko pod górę, by następnie ulec wypłaszczeniu. W międzyczasie przecięliśmy jedną z tras rowerowych na Uklejnę – Spacerówkę.

Na sam szczyt nie wchodziliśmy, bowiem Mały Szlak Beskidzki omija, a poza tym byliśmy na nim na noworocznym spacerze z psami.

Teraz czekał na nas spacer przez Śliwnik i Działek do Schroniska PTTK na Kudłaczach, do którego pierwotnie mieliśmy dojść czwartego dnia wędrówki.

Tuż przed Działkiem, na skrzyżowaniu szlaków znajdowała się śliczna kapliczka.

A kawałek dalej, po wyjściu z lasu, rozpościerał się widok na Kamiennik Północny i Południowy.

Do schroniska mieliśmy już niewiele ponad 2km. Więcej o Schronisku PTTK na Kudłaczach pisałam we wpisie Na Kudłacze z kudłaczami.

Pogoda piękna, więc coraz więcej osób zmierzało w stronę schroniska, a może i dalej. Zrobiliśmy przerwę na posiłek, pokiwaliśmy z uznaniem głową nad mapą i ruszyliśmy w stronę szczytu Lubomira.

Teraz Mały Szlak Beskidzki pokrywał się z Głównym Szlakiem Beskidu Wyspowego (GSBW).

Ponieważ byliśmy w Paśmie Lubomira i Łysiny, najpierw weszliśmy na szczyt tej drugiej, przy czym na sam szczyt trzeba zejść ze szlaku czerwonego około 20m.

Przed samym szczytem Lubomira znajdował się punkt widokowy, znany mi z wcześniejszego spaceru z Hugo na Lubomir.

Podchodząc na szczyt Lubomira, spomiędzy drzew wyłonił się budynek Obserwatorium Astronomicznego im. Tadeusza Banachiewicza. Jest to jedyne obserwatorium w Polsce stale udostępnione zwiedzającym.

Obok tabliczki z nazwą i wysokością szczytu znajduje się tu „ławeczka Magdaleny”, tak więc przysiadłam na moment przed wbiciem pieczątki do Książeczki GOT PTTK.

Znajdował się tu również „tajemniczy domek na drzewie”, który wyglądał na miejsce do zatrzymania się podczas wędrówki. Drzwi jednak były zamknięte, a nigdzie nie mogliśmy znaleźć informacji, czy jest on dostępny dla turystów. A szkoda.

Przed nami było jeszcze 10km do pokonania tego dnia, a spomiędzy drzew widać było cel naszej wędrówki: Kasinę Wielką z górującą nad nią Śnieżnicą. Dalej bliźniaczy Ćwilin, a na ostatnim planie królową Beskidu Wyspowego – Mogielicę.

Po krótkiej przerwie na uzupełnienie płynów na Przełęczy Jaworzyce ruszyliśmy dziarskim krokiem na Wierzbanowską Górę, zauważając pomiędzy drzewami Ciecień i znajdujące się na nim startowisko.

Zdobyliśmy Wierzbanowską Górę, a schodząc ze szczytu napotkaliśmy na polance chatkę – Bacówkę na Wierzbanowskiej Górze, która była zamknięta. Po drugiej stronie ścieżki, do drzew przypięty był wychodek. Albo dla odważnych, albo dla bardzo potrzebujących😀

Przed nami już było zejście na Przełęcz Wielkie Drogi, którą przecina dobrze nam znana droga 964, by następnie „wydrapać się” na Szklarnię i Dzielec.

Pod wieczór zeszliśmy do Kasiny Wielkiej, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg w Pokojach Pod Różą. Prywatne kwatery ze wspólną dla trzech pokoi łazienką i w pełni wyposażonym aneksem kuchennym. A co najważniejsze dla nas: zlokalizowane przy samym MSB i bardzo psyjazne🙂 Przed nami ostatnia noc na Małym Szlaku Beskidzkim.

Mały Szlak Beskidzki – dzień VI

Wyspani i wypoczęci mogliśmy przystąpić do „ataku szczytowego”, a znając profil dzisiejszej trasy wiedzieliśmy, że finiszować będziemy z przytupem. Ale widocznie dla mojego Męża dystans 137km to za mało i powiększył go o dodatkowe 3km, zapominając z kwatery portfela. Desperacja wypisana na naszych twarzach musiała być na tyle przekonująca, że jedno machnięcie wystarczyło, by zatrzymał się kierowca i podwiózł Go do Kasiny😀 Czas ten Hugo wykorzystał na dosypianie.

Pierwsze 1,5 km szliśmy wzdłuż 964-ki i tu drogie panie, statystyki były niestety miażdżące. Żaden samochód nadjeżdżający z przeciwka, a kierowany przez kobietę, nie ominął nas na tyle, żebyśmy się czuli bezpiecznie. O ile w ogóle nas ominął😦 Zupełnie inaczej było w przypadku kierowców. Brawo wy!

Na szczęście przeżyliśmy i skręciliśmy w polną dróżkę prowadzącą bezpośrednio na Lubogoszcz. Płasko, pięknie i szeroko było tylko do miejsca, gdzie ścieżki się rozchodziły.

Teraz czekało nas ponad 300-metrowe podejście na odcinku 2 km, a jedyne czym zachwycaliśmy się podchodząc, była słoneczna pogoda. Dopiero na samym końcu mogliśmy troszkę odetchnąć.

Na szczycie Lubogoszczy spotkaliśmy dwie młode dziewczyny, które podobnie jak my kończyły Mały Szlak Beskidzki. Z tymże im wystarczyły cztery dni na przejście całej trasy🙂 Znajdują się tu dwie tabliczki z nazwą szczytu. Jedna adresowana dla MSB, a druga dla GSBW.

Po krótkiej przerwie, podczas której głównie uzupełnialiśmy wypocone wcześniej elektrolity, ruszyliśmy dalej grzbietem Lubogoszczy do jego drugiego, niższego wierzchołka. Lubogoszcz Zachodni zaliczany jest do szczytów Głównego Szlaku Beskidu Wyspowego.

Stąd rozpoczęliśmy zejście do Mszany Dolnej. Zejście, które było długie i nużące, a jedynym jego plusem było to, że prowadziło przez las, który chronił nas przed słońcem.

W końcu wyszliśmy na słoneczne łąki górujące nad Mszaną, z których rozpościerał się widok na Luboń Wielki. Nasz cel.

Do Mszany zeszliśmy w samo południe, a żar lejący się z nieba szybko nam podpowiedział, by zejść nad Mszankę i schłodzić psiaka, który w momencie nabrał sił do aportowania.

Przechodząc przez miasteczko spotkaliśmy kolejną, bardzo ciekawą osobę. 83-letniego pana z laseczką i w koszulce z logo PTTK, który najpierw zainteresował się Hugiem. Po kilku minutach rozmowy dowiedzieliśmy się, że pan w wieku 70 lat wraz z grupą kolarzy przejechał 1250km na rowerach, nad morze i z powrotem, a góry były jego życiem. Pożegnał nas kolarskim powiedzeniem „niech nóżka podaje”🙂

Przez Mszanę Dolną, podobnie jak Myślenice, można przejść krótszą drogą, ale my szliśmy zgodnie z tym, jak prowadził czerwony szlak, przy okazji zatrzymując się na lody.

Znów kawałek szliśmy 28-ką, tym razem po chodniku, przekroczyliśmy Rabę i weszliśmy na polną ścieżkę mijając po drodze Kapliczkę św. Ambrożego. Odwracając się widzieliśmy masyw Lubogoszczy w całej okazałości.

Od Przełęczy Glisne, z której rozpoczynało się podejście na Luboń Wielki dzieliło nas już tylko 4,5km. Szliśmy przez łąki, na których z trudem można było znaleźć cień. Zmęczeni, przysiedliśmy by chwilę odpocząć na Złotych Wierchach.

Przed nami coraz bardziej wyraźnie rysowała się sylwetka Lubonia.

Wyszliśmy na asfalt, którym już pomalutku dotuptaliśmy na Przełęcz, skąd na południe odchodzi czerwony szlak na Luboń, a na północ – zielony na Szczebel. Większość spotkanych na Glisnem osób wybierała ten drugi🙂

Nie zastanawiając się dłużej, skręciliśmy w lewo i rozpoczęliśmy ostatnie podejście Małego Szlaku Beskidzkiego. Ale za to jakie. Zdjęcia tego nie oddają zupełnie…

Prawie przed szczytem spotkaliśmy schodzące już, zmęczone ale szczęśliwe, dziewczyny, które poznaliśmy na Lubogoszczy. Gorąc dawał się we znaki nie tylko nam, ale też psu, który „zarządzał” przerwy, a które również my skrupulatnie wykorzystywaliśmy na odpoczynek.

Jeszcze parę kroków, już po prostym i mogliśmy dać upust szczęściu i radości, że nam się udało😀

Po godzinnym odpoczynku i uspokojeniu emocji, trzeba było jeszcze zejść! Znając szlaki prowadzące na Luboń, zdecydowaliśmy się na dłuższy, ale zdecydowanie łagodniejszy – zielony szlak do Rabki Zaryte, skąd miała nas odebrać Znajoma.

Przyroda Małego Szlaku Beskidzkiego

Przyroda, zarówno ta ożywiona, jak i nieożywiona z jaką można się spotkać na Małym Szlaku Beskidzkim jest typowa dla regionu. Beskidy, podobnie jak całe Karpaty są górami „młodymi”, których powstanie związane jest z orogenezą alpejską. Zbudowane są z fliszu, który najprościej przyrównać można do warstw tortu. Tyle, że zamiast biszkoptu i masy mamy warstwy skał osadowych. Najczęściej piaskowców, zlepieńców i łupków. Na Szlaku znajdują się miejsca, gdzie doskonale to widać.

Poza tym, można spotkać różne formy geologiczne, głównie piaskowców.

Fauna Beskidów jest bardzo zróżnicowana i obejmuje wiele gatunków ssaków, ptaków, gadów i płazów, zarówno tych pospolitych, jak i rzadszych. Ze zwierząt leśnych udało nam się spotkać padalca oraz maleńką sarenkę ukrytą przez mamę.

Co ciekawe, przystanęliśmy dosłownie 2m od niej wchodząc na górę Żar, pierwotnie jej nie zauważając, by się napić. Nie wyczuł jej również Hugo. A dlaczego? Bo jak dowiedzieliśmy się dzień, czy dwa dni później, mała sarenka nie posiada zapachu. Dlatego mama pozostawia ją w ukryciu na czas popasu, by potem do niej wrócić, nakarmić i przenieść w inne miejsce. Nigdy nie wolno dotykać, ani zabierać małej sarenki. Dotknięta przez człowieka, zostanie odtrącona przez mamę😦

Wychodząc na Wierzbanowską Górę minęliśmy kilka naprawdę imponujących mrowisk.

Beskidzki świat roślin i grzybów jest równie okazały, jak świat zamieszkujących tam zwierząt. Na naszej drodze „stanęły” pierwsze maślaki, borowiki ceglastopore i najbardziej pożądane przez grzybiarzy – borowiki szlachetne, zwane przez nas pieszczotliwie „boletusikami”.

Podchodząc na Uklejnę znaleźliśmy również, jak się później dowiedziałam, żółciaka siarkowego, zwanego kurczakiem leśnym. A dlaczego tak? Jest to grzyb jadalny, którego tekstura i smak rzekomo przypomina kurczaka. Pierwszy raz widziałam takiego cudaka, a oświetlony porannym słońcem wyglądał wspaniale🙂

Szliśmy lasami bukowymi, świerkowymi, wychodząc na łąki tonące w kwiatach.

Noclegi i wyżywienie psa na Małym Szlaku Beskidzkim

Temat noclegów na Małym Szlaku Beskidzkim, głównie tych z psem, podobnie jak wyżywienia psa opisałam w osobnych artykułach, do lektury których zapraszam serdecznie:

Noclegi na Małym Szlaku Beskidzkim oraz Jak karmić psa w podróży?

Czy z każdym psem można przejść MSB?

Niestety nie😦 Pies przede wszystkim musi być zdrowy, w dobrej kondycji i przyzwyczajony do długotrwałego wysiłku. Z psów, które z nami mieszkają, na tak długi dystans mógł wybrać się tylko Hugo, który od szczeniaczka jest przygotowywany do wspólnego trekkingu. A jak, dowiecie się z mojego abc. Lucky, który pomimo tego, że jest psem dużym i zdrowym, absolutnie nie nadaje się do tak intensywnych spacerów, między innymi właśnie przez gabaryt. Bardzo źle też znosi wyższe temperatury i brak kanapy do spania😀 Zdecydowanie lepiej odnajduje się w zimowej scenerii.

Hugo na Szlaku spisał się na medal. Szedł dzielnie i to raczej my musieliśmy jemu dotrzymywać kroku, niż na odwrót. Kolejny raz zaskoczył mnie psią mądrością. Na jednodniowych wycieczkach, Hugo ma tyle sił i energii w sobie, że każdy postój wykorzystuje na zabawę. Teraz było inaczej. Gdy tylko zorientował się, że ta wycieczka jest zdecydowanie dłuższa, każdy postój zamieniał w wypoczynek.

Mały Szlak Beskidzki – dla kogo?

Chciałabym powiedzieć, że dla wszystkich. Jak wyczytaliście, spotykaliśmy ludzi w różnym wieku, więc ten chyba nie jest ograniczeniem. Ograniczeniem natomiast może być kondycja, nad którą czasem warto popracować, a także preferencje. Mały Szlak Beskidzki z pewnością nie jest dla osób gustujących w all inclusive. Jest dla osób, które lubią obcować z przyrodą, jej głosami i zapachami. Dla osób, które chcą się oderwać od otaczającego zgiełku. Jednym słowem, dla wszystkich włóczykijów!

Czy przeszłabym drugi raz MSB? Oczywiście, ale nie w pierwszej kolejności. Przede mną, przed nami, jest jeszcze tyle innych ciekawych miejsc. Tych, które częściowo znamy, jak i tych, o których tylko do tej pory czytaliśmy, czy oglądaliśmy. Dla mnie najważniejszy jest pomysł, który później wprowadzam w życie. A jedynym ograniczeniem, co zawsze wbijałam do głów naszym dzieciom, jest nasza wyobraźnia. Jak to pokonamy, cały świat będzie stał otworem🙂