Poranne spacery z psem są tymi, które lubię najbardziej. Bez względu na porę roku. Wszystkie mają bowiem wspólny mianownik: dają kopa na cały dzień, a ja delektując się pierwszą filiżanką kawy z czystym sumieniem mogę stwierdzić ile już dzisiaj zrobiłam dobrego. Dla siebie. Dla psa.
Gdy wszyscy domownicy jeszcze smacznie śpią, wstajemy z Hugo i cichutko, by nie zbudzić zalegającego na kanapie Lakusia wychodzimy przywitać wstające słoneczko. Do wyboru mamy kilka tras o różnej długości wiodących przez często jeszcze śpiącą o tej porze wieś, prowadzących na łąki i do lasu. Zdarza się, że w weekendowe poranki na odcinku 10 km nie spotykamy „żywej duszy”. Nie mija nas żaden samochód.

Poranny spacer to nie tylko wspólne przemierzanie kilometrów, to także czas na trening, pieszczoty i zabawę. Powtarzamy i utrwalamy komendy, które już poznaliśmy oraz próbujemy ujarzmić nowe przy pomocy smaczków, które bez problemu odnajduję nieomal we wszystkich kieszeniach (może właśnie dlatego Hugo i Lucky, zwłaszcza Lucky, patrzą na mnie, jak na wielki smakołyk)
To czas, by usiąść na trawie, poczochrać po grzbiecie, podrapać za uszkiem. To czas, by spojrzeć sobie głęboko w oczy i zobaczyć to, co można zobaczyć tylko w psich ślepiach. Bezgraniczne oddanie przypominające czasem dziecięcą naiwność. To nasz czas.
Był trening, były pieszczoty, pora na zabawę. Ta ulubiona Hugusia, nie licząc aportowania piłeczki i brodzenia w wodzie, to wynajdywanie i targanie ze sobą patyków. Im większy, tym lepszy. Czasem znajduje całkiem pokaźny konar i wydając z siebie dziesiątki dziwacznych dźwięków próbuje go nieść balansując ciałem. Patrząc na zmagania Huga nie raz dochodzę do wniosku, że chętnie bym się z nim zamieniła. Bo poranny spacer to również czas, kiedy mogę spokojnie pomyśleć o pracy, o Dzieciach i zwykłych codziennych historiach. To także moment na wspomnienia. O Rodzicach. O chwilach, które już nigdy nie wrócą. Czasem te refleksje skroplą się w oczach, a ja patrząc na psiaka i jego beztroskę cieszę się, że jestem. Tu i teraz.



Wcześniej, zanim w moim życiu pojawił się Hugo, był Hans. Z Hansem poranne spacery zamieniały się w poranne przebieżki. Przez 3 lata przebiegliśmy wspólnie ponad 5 tys. km, co może nie jest spektakularnym wynikiem, ale pozwoliło stworzyć między nami tę niewidzialną więź, o której wiedzą tylko psiarze. I ta radość i szczęście, gdy wpadaliśmy głodni i zmęczeni do domu!

Jest Lucky, ale z nim chodzę bardzo rzadko na poranne spacery. Wtedy, kiedy nikt inny nie może z nim pójść. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie powinnam. Lakuś jest bardzo zaborczy i wystarczy jedna wspólna przechadzka, by ten nabrał przekonania, że jestem tylko jego pańcią i wara innym psom. Taki jest Lucky…
To co jeszcze kocham w porannych spacerach to towarzyszący im, szczególnie wiosną i latem, śpiew ptaków i mnogość zapachów kwitnących kwiatów. Jesienią – feerię barw i jeszcze ciepłe promienie słońca na twarzy. Ale lubię też deszcz i przemoczone, ubłocone portki:) Zimą: lekki mrozik i skrzypienie śniegu pod butami. Choć tego, niestety, ostatnio coraz mniej.
